Current track

Title

Artist


Halny

Written by on 5 grudnia, 2020

Centrum… naszego świata. Wtedy. Dawno temu…

Stał od szóstej rano z zapalonym papierosem popularnym opierając się o ścianę kiosku „Ruchu”, w którym te papierosy nabył. Mniej więcej w ten sposób prezentował się dla niego każdy poranek od jakiegoś czasu. Swoiste roraty według schematu, w cynizmie własnego życia. Żona krzątała się po kuchni przygotowując śniadanie dla dzieci z mleka – koniecznie odzianego w kożuch i bułek z masłem. On wychodził do kiosku po papierosy i gazetę. Zawsze przed szóstą i zawsze kończąc oparty o tą samą ścianę zielonej budki i paląc tego samego papierosa. Spoglądał na wejście dwupiętrowej kamienicy. Obok drewnianych drzwi widniały czerwone, metalowe tabliczki z białymi napisami: „Poczta Polska”, „Urząd Telekomunikacji”, a w jajku nad nimi w tych samych barwach wizerunek orła, dawno już bez korony.

Ona… bo głównie o nią chodzi – zmęczona, zaspana, ale nadal żwawa wybiegała z owych drzwi tuż po szóstej. Nie była już młoda, ale daleko jej było do starości. Nie była stąd. Właściwie nikt nie wiedział kiedy i dlaczego pojawiła się w tym miejscu. W swojej wczesnej trzydziestce wyglądała nad wyraz młodo i pięknie, ale w jej roześmianych oczach tkwiło wieczne odbicie smutku za kimś, żalu po kimś, oraz blask samotności. Kobiety nie lubiły jej z zasady – nie była stąd i była młoda i sama. Dlatego były dla niej bardzo miłe. Ustępowały jej miejsca w kolejce po wędlinę, witały się życzliwie, pozdrawiały zarazem ostrząc na nią języki i noże. Czuła to, ale było jej to obojętne. Miejsce, z którego tu przybyła zadało jej tak głębokie rany, że jakikolwiek nóż, ba – jakakolwiek siekiera wiejskiej damy mogła jedynie owocować draśnięciem na skórze. Plotki krążyły różne; ona była z Warszawy, albo na pewno z Krakowa. Co bardziej światli i oczytani wyznaczali śmielsze miejsca: Gdańsk, lub Wrocław. Ktoś, kto kiedyś był w Piotrkowie Trybunalskim uparcie twierdził, że widział ją… w Piotrkowie Trybunalskim. Wiadome było, że pochodziła z miasta. Wiadome było, że miała plecy, bo nie byle kto mógł dostać pracę w urzędzie komunikacji łącząc rozmowy telefoniczne tej i sąsiednich wsi. To bardzo nowoczesne, jak na owe czasy, a zarazem odpowiedzialne stanowisko! Wiadome było także, że musiała należeć do partii, a lokalny proboszcz był święcie przekonany, że jest agentem UBecji, która pragnie podsłuchiwać jego rozmowy telefoniczne. To nic, że telefonu na plebanii używała jedynie jego gosposia i to tylko w przypadku nocnych wezwań do śmiertelnie chorych. Sam nigdy nie dotykał czarnego jak wszyscy diabli aparatu, stojącego na stoliku w kuchni. Jednakże jego podszeptywania do zaufanych parafian na temat rzekomej inwigilacji stawiały jego ego gdzieś między księdzem Popiełuszko, Lechem Wałęsą, a znanym w okolicy Karolem Wojtyłą, który z zawodu był papieżem. Pan od historii też miał podobne teorie na temat własnego ego i powstania centrali telefonicznej. Kiedyś w czasie lekcji w chwili patriotycznego uniesienia wymknęły mu się dwa zdania prawdy na temat 1939, a dokładniej; drugiej połowy września 1939. Nie miało znaczenia, że temat poruszył w klasie 4B, która w tym momencie rzucała do siebie papierkami i mało kto zwracał uwagę na jego wykład. Kilka tygodni później pojawiła się ona i rozpoczęła pracę w niedawno oddanej do użytku centrali.

Centrala – projekt najlepszych zapijaczonych inżynierów z Moskwy, tak naprawdę została stworzona przez zapijaczonych inżynierów ze Stalowej Woli. Składała się z ogromnych szaf, w których znajdowały się kilometry zwojów kabli. Wszystkie pomalowane szarą farbą. Wszystkie posiadały setki otworów, wejść typu „jack mono”, z których każdy posiadał odpowiedni numerek. Zakończeniem tego nowoczesnego układu komunikacyjnego były aparaty telefoniczne w poszczególnych domach i instytucjach. Telefony, jeszcze bez tarczy, a tym bardziej bez przycisków z numerami. Te aparaty posiadały z boku czarną korbkę. Wyglądały tak jakby radiostacja wojskowa spłodziła dziecko z aparatem telefonicznym. Aby odbyć rozmowę z daną osobą, lub instytucją należało podnieść słuchawkę, zakręcić korbką kilka razy i poczekać, aż pani telefonistka z centrali powie: „proszę, jaki numer?”. Wtedy mówiło się np. „proszę 128”. Telefonistka wkładała kabelek z „jackiem” do otworu z numerem 128 i można było rozmawiać. Po niedługim czasie telefonistki były tak obcykane, że zamiast numeru można było powiedzieć:
– „poproszę z ciocią Ewą”
– „tą co ma kwiaciarnię?” upewniała się telefonistka.
– „tak”
– „łącze” i następowało odpowiednie połączenie.
Czasami jako dzieciaki pozostawione same sobie w domach, wymyślaliśmy najróżniejsze kreatywne zabawy z użyciem tej niezwykłej technologii. Pamiętam „zakłady na odwagę”. Zakłady te bardziej polegały na bezczelności niż odwadze, ale zważając na to, że następstwem takich zabaw mogło być wyszarpanie za uszy, włosy, lub sprane dupsko przez jednego z rodziców, nie koniecznie własnego, to jednak bardziej chodziło o odwagę. Tak, dzieci dostawały łomot, wszystkie, bez wyjątku i było to normalną sprawą. Normalnym środkiem wychowawczym, a przede wszystkim środkiem układania w głowach porządku świata i hierarchii. Dziś jest to zupełnie nie praktykowane, dlatego wszyscy są tak cholernie zagubieni w „szeregu”…

Wracając jednak do zabawy… polegała ona na zadzwonieniu na centralę i gdy telefonistka odbierała zamówienie, rzucało się do słuchawki jakiś głupi tekst:
– „Jajo bajo tańcowało, swoje nogi połamało”.
Tudzież:
– „Mój tata panią kocha, ożeni się pani z nim?” i czym prędzej rzucało się słuchawką na widełki. Ten kto zapodał bardziej zuchwały, głupszy, lub dłuższy tekst – wygrywał…

Dzwonienie pod numery lokalne było stosunkowo proste. Aby zadzwonić do innej miejscowości, czy też większego miasta, lub bardziej znaczącego urzędu należało rozmowę zamówić. Dzwoniło się wtedy na centralę i pani zapisywała na kartce wszystkie dane. Potem następowało czekanie. Można było siedzieć, pić kawę, robić obiad, zjeść obiad, zmyć naczynia, zdrzemnąć się… gdy nagle zrywał Cię na nogi telefon:
– „Pan zamawiał rozmowę z Krakowem?”
– „tak, jakieś 4 godziny temu!”
Wtedy już ostro i bezczelnie padała odpowiedź:
– „nikt nie odpowiada. Do wi dze nia!” po czym zapadała głucha cisza.

Jeszcze bardziej drastyczne były rozmowy międzynarodowe. Taką rozmowę zamawiało się kilka dni wcześniej i gdy w końcu dochodziła do skutku, nie wiele można byłoz niej zrozumieć. Na lini słychać było nie tylko oddech swój i osoby, z którą chcieliśmy porozmawiać. Wyraźnie słychać było oddech pani z naszej centrali bardzo zainteresowanej treścią takiej konwersacji. Słychać było oddech pani z centrali wojewódzkiej w Bielsku Białej, pana ze służb w Warszawie, oficera dyżurnego wywiadu w jednostce w Słupsku, a czasami nawet kilka innych osób. Swoisty facebook lat 80-tych. Do tego różne trzaski, zakłócenia i urywki innych rozmawiających osób, również podsłuchiwanych w tym samym momencie, przez te same instytucje… Najmniej słyszeliśmy osobę, z którą próbowaliśmy porozmawiać, dlatego takie rozmowy przeważnie przebiegały na zasadzie krzyczenia do siebie:
– „Staszek! Słyszysz!?! List doszedł?!?!?”
– „Ale, że co w środę!?!?!?”
– „Nieeee w środę!!! List!!!”
Bardzo często w takich momentach włączała się w rozmowę pani z naszej centrali rzekomo sprawdzając:
– „Mówi się? Mówi?”, a jeżeli nie otrzymała natychmiastowego potwierdzenia, że się mówi – mimo, że dobrze wszystko słyszała – to rozłączałą bezszczelnie rozmowę, teoretycznie w trosce o impulsy, które nieubłaganie leciały cały czas i przeliczały się na spore pieniądze. Do dnia dzisiejszego przeraża mnie jak ojciec krzyczy na cały dom wykonując rozmowy telefoniczne przez najnowszej generacji komórkę z zasięgiem 5G…

Co rano od miesiąca stał i palił. Co rano – wyłączając oczywiście dni wolne od pracy, niekoniecznie weekendy, bo weekend w PRL bywał także pracowity. Ona wybiegała po nocnej zmianie, szła kupić jakieś pieczywo, kawałek sera, kostkę masła, a przy odrobinie szczęścia jakieś wędliny i udawała się do domu na spoczynek. Co rano on podążał za nią. Wiedziała o tym tak samo, jak wiedziała że ma żonę, która pracuje w szkole. Wiedziała, że posiada trójkę dzieci i znała dobrze numer jego otworu w szafie na centrali. Często niemo patrzyła na ten numer w środku nocy, sama nie wiedząc z jakiego powodu. Drażniło ją to. On ją drażnił, ale zarazem fascynował. Nie miała tu nikogo, nie znała tu nikogo. Wynajęła pół domku u starszej kobiety. Dom typowy, beskidzki. Dwa pokoje i kuchnia na jedną stronę, to samo na stronę drugą. Środkiem sień przechodząca od drzwi wejściowych z przodu budynku, aż do drzwi wejściowych na jego tył; na ogród, a dokładniej stary sad pełen jabłoni. W wolnych chwilach to tam uwielbiała spędzać czas. W nie często koszonej trawie, wśród dachu gałęzi jabłoni, w śniegu spadających kwiatów, które zwiastowały narodziny pierwszych owoców tego sezonu – czuła się jak w niebie. A niebo nad nią bywało przeraźliwie błękitne. Przychodziła tam sama, z kocem, z książką i z poczuciem jego wzroku ukrytego za starym płotem i gąszczem zarośli. Wiedziała, że się tam czaił. Nie przeszkadzało jej to, ale też w pewnym sensie rozbudzało. Czasami, gdy miała dobry humor ściągała stanik i opalała swoje nagie piersi. Na drugi dzień o 6:05 z rana przechodziła obok kiosku, z uśmiechem na twarzy. On ten uśmiech odwzajemniał, lecz ona nigdy nie spojrzała w jego stronę. To wcale nie znaczy, że nie widziała go w całości.  Nie oznacza, że nie widziała jego oczu, usmiechu, każdej rysy jego twarzy i bujnych, zaczesanych stylowo na bok włosów, oraz „pekaesów” na bokach twarzy. Widziała wszystko dokładnie. Czuła wszystko dokładnie. Mało tego – wiedziała więcej o nim, niż mógł przypuszczać…

Nie było takiej rozmowy wychodzącej z dziurki z jego numerem, której nie słuchała by dokładnie! Jego żona lubiła rozmawiać. Lubiła także pić. Nie lubiła jego samego. Tak już od paru lat go nie lubiła. Pewnie temu od paru lat piła, ale dopiero od jakiegoś czasu pijąc i nie lubiąc go mogła się tym dzielić ze swoimi koleżankami… telefonicznie. Dzielić się chciała także z jednym kolegą, ale on nie nie przepadał za wymownymi rozmowami przez telefon. Wolał na żywo. Zatem ich rozmowy były bardzo krótkie:
– „Bądź jutro na Trzeciej Polanie o 16-tej. Mój pewnie znów pójdzie na ryby… pić”.
– „Będę o 16-tej”.
Krótko i zwięźle, ale jakże wymownie!
Telefonistka uśmiechała się sama do siebie, a w jej myślach pojawiał się sad, spadające kwiaty, nagość piersi i porządanie w jego wzroku.

Czasami niebo zanosiło się i przez wiele dni padał deszcz. Nie było ogrodu, nie było przyczajki… była szarość i samotność. Ona zamknięta w swoim pustym mieszkaniu. On zamknięty w swoim pełnym ludzi mieszkaniu… samotnie. Wtedy często sięgał do kieliszka. Sięganie do kieliszka w tamtych czasach było czymś tak samo normalnym i zwyczajnym, jak dzisiaj sięganie po komórkę. Nikogo to nie dziwiło, nie bulwersowało. Mało kto to krytykował, mało kto nie sięgał. Ot taki mieliśmy klimat… Czasami gdy wypił za dużo, a żona i dzieci już spały, zdobywał się na mierną odwagę. Podnosił słuchawkę, kręcił korbką i czekał, aż po momencie usłyszał słodki głos:
– „Łącze, jaki numer?”
Nie odpowiadał. Nie zamawiał. To ona była tym numerem. Jedynym numerem, którego pragnął. Ona wiedziała doskonale, że to on. Trwali tak przez chwilę słuchając swoich oddechów. Byli wtedy ze sobą najbliżej! Środek nocy, ona, on, ich oddechy i opary alkoholowe. Picie w pracy, zwłaszcza na nocnej zmianie było tak samo naturalne jak picie w dzień. Tak samo piło się za barem, za biurkiem, na zakrystii i na spotkaniach partyjnych.

Mijały miesiące. Oni trwali w swoistym romansie, lecz dni coraz chłodniejsze, noce coraz dłuższe, jabłonie całkiem łyse, a tęsknota coraz większa. Ona… kochała go już wtedy bez opamiętania. On… kochał tak mocno i tak bardzo tęsknił za jej nagością w letnim ogrodzie, że rozpił się na dobre. Pewnej nocy został w domu sam. Żona wyjechała z dziećmi na szkolną wycieczkę do Lublina. Wróci za kilka dni. „To nasza noc” – pomyślał, – „dziś muszę z nią porozmawiać!”. Dla odwagi nabył trzy butelki „Bałtyku” i rozpoczął biesiadę wczesnym popołudniem.

Ona od paru tygodni popadała w coraz większą samotność i otępienie. Marzyła, piła, łączyła rozmowy, podsłuchiwała szczęśliwych par, kochanków, małolatów umawiających się na spacery za rękę i znów piła. Noc była niespokojna. Wszędzie się błyskało, wiał Halny, czuć było jakąś dziwną energię w powietrzu. Siedziała z kieliszkiem w ręku przed ogromem szaf komunikacyjnych i patrzyła na jedyne w pomieszczeniu okno. Dziś nie myślała o nim. Myślała o swoim dziecku. Dziecku, które musiała usunąć dokładnie rok wcześniej. Dziecko, jako owoc wielkiego romansu jej i pułkownika milicji w Szczecinie. On przystojny, silny facet z charakterem. Mocne dłonie, a zarazem romantyczna dusza. Jego jedyną wadą była żona… córka zastępcy generała resortu. To nie były przelewki. Musiała zniknąć i ona i dziecko. Musiała odejść, wyjechać na koniec świata i w centrum tego końca świata podjąć nowe życie.

Po drugiej butelcę przysnął na blacie kuchennego stołu. Nagle grzmotnęło tak blisko i tak głośno, że zatrzęsły się szyby w oknach. To go zbudziło. Rozejrzał się mętnym wzrokiem po pustym mieszkaniu. Polał kolejny kieliszek, przechylił i poczuł, że jest gotowy! Teraz jest ten moment – powie jej całą prawdę, powie jak bardzo ją kocha. Będą razem, muszą być razem! Wyjadą gdzieś daleko… razem! Podniósł słuchawkę, pokręcił korbką i… czekał. Czekał… czekał… i… nic. Cisza. Brak kontaktu. Polał następnego i poczuł jak z tym kielonkiem wlewa w siebie nie tylko gorzki płyn, ale jak gdyby z tym płynem wlewał w siebie falę demonów. Stał się niepewny, rozdrażniony, powrócił lęk przed odrzuceniem. Zakręcił jeszcze raz i czekał…

Ona nagle wróciła myślami z dalekiego świata i pół-przytomnie zobaczyła zaświecone czerwone światełko na centralce. Światełko oznaczało, że ktoś dzwoni zamówić rozmowę. Nie spojrzała nawet z jakiego numeru. Wyrwała z zamyslenia i rozdrażniła ją ta lampka! Zadziałała jak płachta na byka.
– „Halllooooo” – ryknęła do słuchawki z taką nienawiścią i takim głosem jak nigdy dotąd. On zgłupiał całkowicie. To nie była jego ukochana, to nie był ten cudowny słodki głos, który znał i kochał. To było jakieś wredne babsko, które wywołało w nim zaskakująco wielką nienawiść. Krzyknął do słuchawki:
– „Gdzieś była?!?!”.
Czy to wypowiedział on, czy jeden z tych demonów, które wlały się w niego przed momentem? Tego nie wie do dziś. Tego nie wie i ona, ale w tamtej chwili niemal nie spadła z krzesła. To on! Jej ukochany, zapragniony facet, nadzieja na nowe życie, takim tonem!
– „Byłam w ubikacji, chyba mam prawo?!?” – syknęła złośliwie.
Tego było za wiele! Wybuchł na nią:
– „To se kurwa nocnik tam trzymaj!!!” – po czym rzucił z nienawiścią słuchawką i rozpłakał się jak dziecko.

Płakał całą noc, aż zasnął nad ranem. Płakała całą noc i ona, totalnie ignorując swoją pracę. W tą noc nikt nie był w stanie z nikim się połączyć telefonicznie. W tą noc niebo płakało razem z nimi…

Poranek okazał się nad wyraz piękny! Świeciło słońce, a ślady nocnego nieszczęścia przejawiały się jedynie w licznych kałużach i nie licznych połamanych i podałych gałęziach drzew. Obudził się skacowany koło południa i poszedł po papierosy do kiosku. Odpalając pierwszego „klubowego”, kątem oka zauważył ją, jak wsiada do Autosanu na drugim końcu plant. Pierwszy i jedyny autobus do Krakowa. Wtedy widział ją po raz ostatni, a jego życie zawisło na pętli samotności już na zawsze.


Continue reading